Sojusz Lewicy Demokratycznej

Ostatnie wydarzenia

Marek Barański: Ostatni UW-ol

dodano 2015-07-27 15:42 w kategorii: Kraj

Andrzeja Celińskiego osobiście znam bardzo słabo, właściwie nie znam. Kręcił się koło SLD, więc otarliśmy się o siebie może raz, może dwa. Kiedyś udzielił wywiadu „Trybunie”, którą kierowałem. Wysłałem mu tekst do autoryzacji. Odesłał i powiedział: nie spodziewałem się, że pan to tak uczciwie zrobi... Co z tego, że z dobrego domu, skoro cham, pomyślałem sobie. Zresztą nie pierwszy i nie ostatni, pośród tych paniczyków z dobrych inteligencko-partyjnych domów. Zawsze od nas lepsi, zawsze jacyś tacy z nosem w górze. Nawet, jeśli wydawało się, że jesteśmy kolegami.
 
Życie jednak ma swoje niezawodne miary takiej równości. Ja za „dodatek rodzinny” ojca kupowałem sto ulgowych biletów tramwajowych. Oni, jak im śpieszyło, łapali taksówkę. Ja paliłem byle co, oni zawsze coś lepszego. Ileż było wymowy w geście częstowania nas ich papierosami. Ja mieszkałem w małym domku na przedmieściu, moi koledzy upchnięci po akademikach, oni z rodzicami w dobrych dzielnicach, albo w mieszkaniach wynajętych w punktach nie gorszych. Przy jednej kawie i „wuzetce" siedzieliśmy w „Harendzie” po parę godzin, oni szli do „Fukiera”. Chodźcie z nami! Chętnie, ale za co?
 
Byłem nieźle ubrany, ale dlatego, że miałem mamę-artystkę od kupowania „na ciuchach". Oni przywozili sobie ciuchy z zagranicy lub kupowali w komisie albo w Peweksie, bo i bony nie stanowiły dla nich problemu. I tak się przeplatało nasze życie w „kraju zniewolonym”.
 
Po latach zdałem sobie sprawę, że ich inteligenckie, wykształcone rodziny o wysublimowanym poczuciu wolności, godności i sprawiedliwości, też jakoś lepiej radziły sobie z totalitaryzmem, niż mój ojciec, przyuczony do życia z szycia kapci. Jako „prywatna inicjatywa” na własnej skórze odczuwaliśmy grozę urzędu skarbowego, nieuchronność dawania łapówek na każdym kroku, po które z każdej strony wysuwała się jakaś łapa - albo urzędaski, albo łapa w milicyjnym rękawie dzielnicowego. U nich jakoś to było inaczej, choć zawsze wzniosie. W końcu Żdanow nie trafił tu na litą skałę oporu, przeciwnie - czekało na niego grono entuzjastów, fachowców zbrojarzy-betoniarzy od lania stalinowskiego betonu. Nowy ustrój budził entuzjazm pośród wielu z nich - na pewno większy niż współczucie rodakom wysyłanym karnie do kopalni...
 
I za odwilż załapali się sprytniej, z Gomułką się ułożyli, z Gierkiem. Studiowali, robili doktoraty, profesury, kariery, publikowali, także za granicą, choć chcą pamiętać tylko, to, że ich „prześladowano”. Owszem, jak potrącali któryś z obowiązujących wówczas paragrafów, to ten opowiadał. Nikt z nich jednak nie dzielił losu Sołżenicyna. Nie zsyłano ich do Kazachstanu, tylko do Londynu, albo do Paryża, by tam cierpieli zadaną im katorgę.
 
Owszem, nas, tych z „punktami za pochodzenie”, nikt nigdzie nikt nie musiał zsyłać. Akceptowaliśmy PRL. Kochaliśmy ten kraj, jego urodę i brud, jego dowcip i posępne nieraz chamstwo, jego „Owcę” i „Dudka”, jego festiwale, seriale, i Szarika. Ten kraj był taki, jak my - z pierwszego pokolenia, dla takich, jak my został stworzony i dlatego był nasz, mimo wszystko. Myśleliśmy, że jest i ich, w końcu, to oni, ich rodziny tworzyli władzę, byli drożdżami, inteligencją, wartościami socjalistycznymi. Ale im ten kraju już się znudził. Już im się nie podobał, machnęli nań więc jak znudzeni chłopcy na zbudowany przez siebie zamek na piasku i roztrzaskali go.
 
 Wymyślili sobie „Solidarność”. To znaczy dla nas ją wymyślili. Słowa „robotnik”, „wolność”, „godność” nie schodziły im z gęby. Prostaka nosili na rękach, dostawali orgazmu, jak swoim charakterystycznym gestem gładził wąsa. Tak, znów mogliśmy być razem, musieliśmy tylko, jak oni, splunąć za siebie, przyjąć ich najnowszy system wartości - bez reszty i bez szemrania. Nie chcieliśmy, nie mieliśmy zamiaru opluć swoich życiorysów. Też pokończyliśmy studia, porobiliśmy kariery, żyliśmy. Zostaliśmy więc „komuchami”.
 
Najgorsza swołocz, byle z wpiętym w klapę znaczkiem „Solidarności”, która ze swojego pustego łba wylewała najsmrodliwsze szambo na PRL, stawała się bohaterem narodowym. Byle co, wyciągnięte w Polsce Ludowej z biedy, gnoju, zacofania, stawało się autorytetem, który my mieliśmy uznawać. Ale to nie pozostawało bez skutków ubocznych. Krok po kroku warszawskie paniczyki z dobrych domów wyhodowały prawicę mutantów - durnych, mściwych, zaślepionych. Jakiś Kogutów, pożal się Boże, senatorów, czy tę ostatnią gwiazdę (nazwiska nie pamiętam), która z dumą oznajmiła, że prawdy o Katyniu uczyła się z przedwojennych gazet. Teraz ta horda im samym zagraża, bo nie ma naszych skrupułów, bo nie ma naszej pamięci, delikatności ani wrażliwości na czas historyczny. Oni do władzy pójdą po trupach!
 
autor: Marek Barański, 
źródło: Dziennik "Trybuna”


Komentarze

Wydarzenia

Strony
wojewódzkie
SLD

Wybierz na mapie województwo, aby przejść dalej.